Zdarza się, że czasem coś zostanie. Mówię o sytuacji, kiedy po rodzinnym obiedzie, imprezie, czy też wizycie przyjaciela na stole zostanie np. pół flaszki wina. Oczywiście - wiem, co mówię - nie są to sytuacje częste, wręcz przeciwnie – raczej, co też wiem z czasów studenckich – owej flaszki częściej zabraknie. Ale to już inna opowieść z cyklu „Co robić?”.
Wróćmy do pół-butelki. Zostawiamy ją sobie na później i w tej sytuacji niemal każdy odruchowo wstawi ją do lodówki. Słusznie, tylko na jak długo?
Najlepsze w tej sytuacji są pompki do usuwania powietrza. Ale takich rzecz jasna nikt poważny w domu nie ma. Najlepiej zatem zamknąć butelkę, ale zawsze tylko tym samym korkiem, który wyciągnęliśmy z niej wcześniej, nigdy zaś wyjęty z innej flaszki lub uniwersalnym. Chodzi o to, by wino nie przejęło innych zapachów. Korkiem uniwersalnym z miękkiego plastiku z metalowymi zaciskami zamykamy tylko butelki z winem musującym.
Jak długo można trzymać takie wino? Z mojej praktyki wynika, że do trzech dni jest OK. I tego terminu nie powinniśmy przekraczać, zwłaszcza jeśli mamy do czynienia z winem lekkim i młodym, od którego wymagamy świeżości. Wino beczkowe może spocząć na dzień lub dwa dłużej.
Nie wsadzamy nigdy do lodówki wina czerwonego, nawet jeśli przeczytamy gdzieś, że tak powinno być. Spokój i kuchenna półka przez trzy dni mu wystarczą. Jeśli postoi tydzień, możemy już wyjąć korek i przygotować się na otrzymanie sporej porcji bardzo dobrego winnego octu. Kilkukrotne chłodzenie i doprowadzanie wina do temperatury pokojowej wpływa fatalnie na jego właściwości organoleptyczne.
A tak na koniec – gdyby Państwo skończyli jednak tę flaszkę, to nie musieliby Państwo czytać tego tekstu, a i kłopotów byłoby znacznie mniej…
czwartek, 27 stycznia 2011
sobota, 15 stycznia 2011
Koniec beczki?
Nowy Świat bez dwóch zdań kojarzył się do tej pory z jednym – ekscesywnym użyciem beczki. Czy to dobrze, czy źle – nie wiadomo. Ale przez lata podobało się to przeciętnemu konsumentowi. Pełne, okrągłe wina, dużo wanilii i mała kwasowość, a wszystko to dawało złudzenie słodkości i zadowolenia.
Czy tak będzie dalej – oj, na pewno nie! Rzecz jasna – nie od razu. Ale dziś winiarnie Nowego Świata szybciej dostrzegają gusta klientów, niż kreują nowe. Poza tym – ogromne rzesze klientów są już tą monotonią zmęczeni. Bardzo zmęczeni. Mało tego – w niektórych kręgach można zaobserwować pewne złośliwości padające pod adresem osób o „niewyrafinowanych” gustach”. Przez co właśnie rozumie się niewnikanie w głębsze pokłady zapachowo-smakowe win z różnych regionów. Wyszukiwanie takich smaczków staje się modne, a już użycie słowa „terroirystyczne” jest bardzo cool.
W wielu winiarniach Nowego Świata zauważyłem wręcz, że winiarze z góry zastrzegają przed niektórymi próbkami win: „no oak” czy też „no oak treatment”. Co więcej robią to z wielką dumą. Dotyczy to często win „otwierających”, czyli linii podstawowej dla wielu winiarni. I – co ciekawe – nie wynika to z oszczędności, wszak dębowe czipsy czy klepki aż tyle nie kosztują (w Casablance widziałem winiarnię-restaurację, której podjazd był wysypany nie żwirem, ale… czipsami właśnie).
„Nasz klient, nasz per Pan”, jak mówi Edek Sztyc w filmie Vabank II Juliusza Machulskiego. Czyli robimy to, czego oczekuje od nas odbiorca. A ten chce dziś mniej beczki.
Czy tak będzie dalej – oj, na pewno nie! Rzecz jasna – nie od razu. Ale dziś winiarnie Nowego Świata szybciej dostrzegają gusta klientów, niż kreują nowe. Poza tym – ogromne rzesze klientów są już tą monotonią zmęczeni. Bardzo zmęczeni. Mało tego – w niektórych kręgach można zaobserwować pewne złośliwości padające pod adresem osób o „niewyrafinowanych” gustach”. Przez co właśnie rozumie się niewnikanie w głębsze pokłady zapachowo-smakowe win z różnych regionów. Wyszukiwanie takich smaczków staje się modne, a już użycie słowa „terroirystyczne” jest bardzo cool.
W wielu winiarniach Nowego Świata zauważyłem wręcz, że winiarze z góry zastrzegają przed niektórymi próbkami win: „no oak” czy też „no oak treatment”. Co więcej robią to z wielką dumą. Dotyczy to często win „otwierających”, czyli linii podstawowej dla wielu winiarni. I – co ciekawe – nie wynika to z oszczędności, wszak dębowe czipsy czy klepki aż tyle nie kosztują (w Casablance widziałem winiarnię-restaurację, której podjazd był wysypany nie żwirem, ale… czipsami właśnie).
„Nasz klient, nasz per Pan”, jak mówi Edek Sztyc w filmie Vabank II Juliusza Machulskiego. Czyli robimy to, czego oczekuje od nas odbiorca. A ten chce dziś mniej beczki.
czwartek, 23 grudnia 2010
Żadnej logiki
A dlaczego niby miałbym podawać „wyjątkowe pinot gris lub rieslinga” do kiszonej kapusty „idealnej i w najwyższym gatunku” kupionej na Kleparzu. OK, może zatem do barszczu? Hm, chyba też nie. Smażony karp? Czysta desperacja! Despekt dla potraw, i dla wina. Nie te rybki, nie to akwarium. Zła sytuacja. Już chyba lepiej podlać nimi choinkę.
Przez wieki wytworzyła się u nas tradycja, by podczas Wigilii alkoholu nie pić. Nie wiem, z czego ona wynika – z nadmiaru alkoholu pitego przez cały rok, aby się umartwić, aby trzeźwym pójść na pasterkę, aby nie gardłować przy stołach. Myślę, że po trochu ze wszystkiego. Ale głównie jednak, by dotrwać do Narodzin w adwentowym umartwieniu. Rzecz jasna, trudno sobie wyobrazić, by ktoś wstał od wieczerzy głodny, niemniej postny charakter potraw jest oczywisty. Wskazuje na to także brak dań mięsnych.
Sumując – powody braku wina na moim stole są co najmniej dwa. Przede wszystkiem – nie jestem w stanie dobrać win do podawanych potraw, za wyjątkiem być może – faktycznie – deserów. A nawet, gdybym zdołał, to i tak byłby to „sport siłowy”. Po co? „Nie wiem, nie znam się, nie orientuję się. Zarobiony jestem.”.
Jedynym wigilijnym napojem, jaki znam, i który pasuje do wszystkiego jest fantastyczny kompot z suszek. Wyczekuję go tak samo, jak wszystkich innych wigilijnych potraw. I mimo swojego zawodu, nie zamienię go tego dnia na wino.
Stawiając butelki na stole poczułbym się nieco obco. Chodzi o pewną harmonię estetyczną – tu nie ma miejsca na wykwintne wina, czułbym się z nimi po prostu obco, jak w pustej restauracji. W dodatku - niestety może to wiek - ale czuję na plecach oddech upadających kostek domina. Boję się, że za kilka lat na stołach pojawią się w ten sam sposób pieczone kurczaki, sałatki coleslaw, kiełbaski z grilla, kaszanka i smażony karczek z musztardą. Zaczniemy budować nową, świecką tradycję. Tylko czy wtedy Wigilia będzie jeszcze tą samą wigilią co u dziadków, a nie zwykłym - okolicznościowym co prawda - ale wyjściem do baru?
Przez wieki wytworzyła się u nas tradycja, by podczas Wigilii alkoholu nie pić. Nie wiem, z czego ona wynika – z nadmiaru alkoholu pitego przez cały rok, aby się umartwić, aby trzeźwym pójść na pasterkę, aby nie gardłować przy stołach. Myślę, że po trochu ze wszystkiego. Ale głównie jednak, by dotrwać do Narodzin w adwentowym umartwieniu. Rzecz jasna, trudno sobie wyobrazić, by ktoś wstał od wieczerzy głodny, niemniej postny charakter potraw jest oczywisty. Wskazuje na to także brak dań mięsnych.
Sumując – powody braku wina na moim stole są co najmniej dwa. Przede wszystkiem – nie jestem w stanie dobrać win do podawanych potraw, za wyjątkiem być może – faktycznie – deserów. A nawet, gdybym zdołał, to i tak byłby to „sport siłowy”. Po co? „Nie wiem, nie znam się, nie orientuję się. Zarobiony jestem.”.
Jedynym wigilijnym napojem, jaki znam, i który pasuje do wszystkiego jest fantastyczny kompot z suszek. Wyczekuję go tak samo, jak wszystkich innych wigilijnych potraw. I mimo swojego zawodu, nie zamienię go tego dnia na wino.
Stawiając butelki na stole poczułbym się nieco obco. Chodzi o pewną harmonię estetyczną – tu nie ma miejsca na wykwintne wina, czułbym się z nimi po prostu obco, jak w pustej restauracji. W dodatku - niestety może to wiek - ale czuję na plecach oddech upadających kostek domina. Boję się, że za kilka lat na stołach pojawią się w ten sam sposób pieczone kurczaki, sałatki coleslaw, kiełbaski z grilla, kaszanka i smażony karczek z musztardą. Zaczniemy budować nową, świecką tradycję. Tylko czy wtedy Wigilia będzie jeszcze tą samą wigilią co u dziadków, a nie zwykłym - okolicznościowym co prawda - ale wyjściem do baru?
Subskrybuj:
Posty (Atom)


