Kiedy poznałem bordoską klasyfikację z 1855 roku, odruchowo nauczyłem się jej na pamięć (były to czasy, kiedy nie było internetu, a cenne książki się pożyczało). To bezmyślne kucie nie uchroniło mnie jednak od twórczego myślenia. Większość pozycji w zestawieniach już dawno zapomniałem, zaś nad samą jej istotą nie przestaję się zastanawiać. A ilekroć pojawia się dyskusja na jej temat, wątpliwości powracają.
Właśnie ostatnio przygotowując następny temat wydania do „Czasu Wina” o Bordeaux, w redakcji rozgorzała dyskusja – jak ważna jest ta najsłynniejsza klasyfikacja i czy – dziś – jest jeszcze w ogóle coś warta? Moim zdaniem to śmieć, ale jednocześnie fajna historycznie rzecz, o której warto czasem poczytać i pogadać.
Teoretycznie klasyfikacja ta funkcjonuje i obowiązuje niezmiennie (z jednym wyjątkiem) od ponad 150 lat. Zgodnie zaś z moją „religią” nie można przypisać czemuś wiecznej, niezbywalnej jakości, na zawsze i zupełnie à priori. Rozumiem, iż od czegoś można oczekiwać, że będzie dobre lub świetne, bo poprzednie jego wersje, i te jeszcze wcześniejsze, też były super. Chodzi o to, że odkąd poznałem zasady oceny win, jestem przekonany, że takowe powinno się oceniać post factum, czyli po zdegustowaniu. Nie wierzę w to, że jeśli dziś jakieś wino dostanie „w ciemno” 100 punktów, to powinniśmy oczekiwać, że jajogłowi za półtora wieku będą tego samego zdania.
Z drugiej jednak strony Klasyfikacja 1855 wyznacza pewną epokę oceniania win. Nie chodzi mi o to, że mamy do niej sentyment ani o to, że nie było wówczas Roberta Parkera, więc radzono sobie, jak umiano. Chodzi o to, że ona się z grubsza… sprawdza. Każdy powie, że ta klasyfikacja wyglądałaby dziś inaczej, że jest z dziesięć win w Bordeaux, które regularnie „leją” te z pierwszej piątki. Niemniej jakości, a także i cen, win z pierwszej piątki możemy być pewni.
Dlaczego? Bo nie chodzi o to, że wybrano wtedy najlepsze parcele. Moim zdaniem to działa bardziej na zasadzie domina, a właściwie klasycznej frazy: „noblesse oblige”. Każdy, kto kupuje dziś lub dziedziczy wielkie château nie ma celu wyrobu win stołowych ani też potrzeby eksperymentowania. Chce, stać go, ma ambicje i robi wina wielkie. Oczywiście – te wina się zmieniają, ale na swój sposób zawsze są i pozostaną wielkie. I taki właśnie jest wpływ ten starej klasyfikacji.
wtorek, 12 lipca 2011
piątek, 17 czerwca 2011
Narodziny bezsensu
Jestem – a właściwie wszyscy jesteśmy – świadkami narodzin nowej włoskiej białej apelacji spolento. Powstaje w środkowej Umbrii, w okolicach miasteczek Montefalco i Spolento. Nowe wina oparte będą na starej odmianie trebbiano spolentino (min. 85%), która – pomimo mylącej nazwy – nie ma nic wspólnego ani z trebbiano toscano, ani z innymi odmianami z tym członem w nazwie. Badania genetyczne wykazały, że to faktycznie zupełnie inny twór. Jednak miejscowi nie przyjmują do wiadomości, że być może w związku z tym warto by zmienić nazwę szczepu. Choćby z uwagi na możliwość pomyłki. 99 tys. na 100 tys. kupujących to wino z oczywistych powodów nie będzie sprawdzała, z czego powstała zawartość butelki. Wybierze znaną im dobrze nazwę „trebbiano”.
W samym Spoleto degustowałem te wina przedpremierowo, bo dopiero od jesieni, czyli rocznik 2011, będzie nosił na etykiecie określenie „DOC Spoleto”. Miałem kontakt z 12 winami. I każde z nich było inne. Z trudem poklasyfikowałem je w trzy grupy, a więc takich, które ewoluowały w kierunku malwazyjnym, innych – rieslingowatych. Oraz grupę próbek, które – gdybym nie widział etykiety – zaklasyfikowałbym jako ewidentne sauvignon blanc.
I wtedy zadałem sobie pytanie – po co tworzyć nową apelację, kiedy w zasadzie wszystkie wina nie mają żadnych cech wspólnych. Dociekałem tych faktów, bo prawodawstwo włoskie przewiduje jakieś wspólne parametry aromatyczno-smakowe dla win z jednej apelacji. Od producentów dowiadywałem się, że u nich uprawy trebbiano spolentino to albo nowość, albo też jakieś stare krzewy odziedziczone po przodkach. Dopiero teraz powstają nowe wysady.
Tylko – pytam – po co komu apelacja, która niczego nie wyjaśnia, niczego specjalnie nie kodyfikuje, ani nie wnosi nic nowego? Trochę to wygląda na zaspakajanie aspiracji i dowartościowanie kilkunastu małych producentów.
Co gorsza – takie twory w Europie się mnożą. Apelacje, które miały ułatwić życie konsumentom w rozpoznaniu wina, które kupują – bynajmniej nie spełniają takiego zadania.
Jakie to szczęście, że Nowy Świat nie powielił europejskich błędów. Zaś od miejsca pochodzenia wina nie oczekuje się tego, że będzie podobne do wszystkich w okolicy.
W samym Spoleto degustowałem te wina przedpremierowo, bo dopiero od jesieni, czyli rocznik 2011, będzie nosił na etykiecie określenie „DOC Spoleto”. Miałem kontakt z 12 winami. I każde z nich było inne. Z trudem poklasyfikowałem je w trzy grupy, a więc takich, które ewoluowały w kierunku malwazyjnym, innych – rieslingowatych. Oraz grupę próbek, które – gdybym nie widział etykiety – zaklasyfikowałbym jako ewidentne sauvignon blanc.
I wtedy zadałem sobie pytanie – po co tworzyć nową apelację, kiedy w zasadzie wszystkie wina nie mają żadnych cech wspólnych. Dociekałem tych faktów, bo prawodawstwo włoskie przewiduje jakieś wspólne parametry aromatyczno-smakowe dla win z jednej apelacji. Od producentów dowiadywałem się, że u nich uprawy trebbiano spolentino to albo nowość, albo też jakieś stare krzewy odziedziczone po przodkach. Dopiero teraz powstają nowe wysady.
Tylko – pytam – po co komu apelacja, która niczego nie wyjaśnia, niczego specjalnie nie kodyfikuje, ani nie wnosi nic nowego? Trochę to wygląda na zaspakajanie aspiracji i dowartościowanie kilkunastu małych producentów.
Co gorsza – takie twory w Europie się mnożą. Apelacje, które miały ułatwić życie konsumentom w rozpoznaniu wina, które kupują – bynajmniej nie spełniają takiego zadania.
Jakie to szczęście, że Nowy Świat nie powielił europejskich błędów. Zaś od miejsca pochodzenia wina nie oczekuje się tego, że będzie podobne do wszystkich w okolicy.
poniedziałek, 16 maja 2011
Gdyby cesarz żył...
Lecę sobie winiarsko do Włoch. Wyjątkowo przez Warszawę. Wydawało mi się, że to nic prostszego, bo jesteśmy w jednym państwie i w dodatku w strefie szengen. Samolot przybija do rękawa – Europa myślę! W Krakowie nawet międzynarodowe loty nie przybijają do rękawów, bo u nas w ogóle nie ma rękawów.
Trzydzieści minut lotu, tyle co do np. Wiednia, a tam haltuje mnie ogolony na „0” koleś w mundurze polowym WP i zaprasza do odprawy bezpieczeństwa.
Więc mówię do łysola tak:
- Nie jesteśmy aby w Schengen?
- Gdzie? W co??? Tu jest panie Warszawa!
- No to ludzi z Krakowa nie trzeba chyba sprawdzać? Nie?
- A kto tam Pana wie, skąd... rozkaz był. Tak? Remont mamy!
- We Frankfurcie jest ciągły remont i z Krakowa nie sprawdzają.
- Albo się Pan wykładasz, albo na bok!
Idę dalej, zakładam pasek, a tam laska w polowym mundurze mówi mi, że mam flaszkę w towarze i muszę wyjąć. Miałem małą buteleczkę 0,25 mineralnej gazowanej, kupioną w automacie, po kontroli w Krakowie.
- Musi Pan wyjąć lub wyrzucić – słyszę.
- Przecież ja z Krakowa!
- A skąd ja tam Pana wiem, skąd.
- Przecież rękaw z Krakowa, to jak to „skąd”
- Plecak otworzyć!
- Mam, przyznaję, mam buteleczkę, ale w Krakowie była odprawa, więc kupiłem w automacie, po przejściu przecież...
- Wyjąć, bo dzwonię!
Nie wiem, gdzie chciała dzwonić. Rozmowa toczyła się jeszcze chwilę, ale przed uzbrojoną kobietą musiałem ulec. Ech... Gdyby cesarz żył. On rozumiał, że część Polaków nie może żyć z innymi Polakami w jednym państwie...
Trzydzieści minut lotu, tyle co do np. Wiednia, a tam haltuje mnie ogolony na „0” koleś w mundurze polowym WP i zaprasza do odprawy bezpieczeństwa.
Więc mówię do łysola tak:
- Nie jesteśmy aby w Schengen?
- Gdzie? W co??? Tu jest panie Warszawa!
- No to ludzi z Krakowa nie trzeba chyba sprawdzać? Nie?
- A kto tam Pana wie, skąd... rozkaz był. Tak? Remont mamy!
- We Frankfurcie jest ciągły remont i z Krakowa nie sprawdzają.
- Albo się Pan wykładasz, albo na bok!
Idę dalej, zakładam pasek, a tam laska w polowym mundurze mówi mi, że mam flaszkę w towarze i muszę wyjąć. Miałem małą buteleczkę 0,25 mineralnej gazowanej, kupioną w automacie, po kontroli w Krakowie.
- Musi Pan wyjąć lub wyrzucić – słyszę.
- Przecież ja z Krakowa!
- A skąd ja tam Pana wiem, skąd.
- Przecież rękaw z Krakowa, to jak to „skąd”
- Plecak otworzyć!
- Mam, przyznaję, mam buteleczkę, ale w Krakowie była odprawa, więc kupiłem w automacie, po przejściu przecież...
- Wyjąć, bo dzwonię!
Nie wiem, gdzie chciała dzwonić. Rozmowa toczyła się jeszcze chwilę, ale przed uzbrojoną kobietą musiałem ulec. Ech... Gdyby cesarz żył. On rozumiał, że część Polaków nie może żyć z innymi Polakami w jednym państwie...
Subskrybuj:
Posty (Atom)
