Jestem – a właściwie wszyscy jesteśmy – świadkami narodzin nowej włoskiej białej apelacji spolento. Powstaje w środkowej Umbrii, w okolicach miasteczek Montefalco i Spolento. Nowe wina oparte będą na starej odmianie trebbiano spolentino (min. 85%), która – pomimo mylącej nazwy – nie ma nic wspólnego ani z trebbiano toscano, ani z innymi odmianami z tym członem w nazwie. Badania genetyczne wykazały, że to faktycznie zupełnie inny twór. Jednak miejscowi nie przyjmują do wiadomości, że być może w związku z tym warto by zmienić nazwę szczepu. Choćby z uwagi na możliwość pomyłki. 99 tys. na 100 tys. kupujących to wino z oczywistych powodów nie będzie sprawdzała, z czego powstała zawartość butelki. Wybierze znaną im dobrze nazwę „trebbiano”.
W samym Spoleto degustowałem te wina przedpremierowo, bo dopiero od jesieni, czyli rocznik 2011, będzie nosił na etykiecie określenie „DOC Spoleto”. Miałem kontakt z 12 winami. I każde z nich było inne. Z trudem poklasyfikowałem je w trzy grupy, a więc takich, które ewoluowały w kierunku malwazyjnym, innych – rieslingowatych. Oraz grupę próbek, które – gdybym nie widział etykiety – zaklasyfikowałbym jako ewidentne sauvignon blanc.
I wtedy zadałem sobie pytanie – po co tworzyć nową apelację, kiedy w zasadzie wszystkie wina nie mają żadnych cech wspólnych. Dociekałem tych faktów, bo prawodawstwo włoskie przewiduje jakieś wspólne parametry aromatyczno-smakowe dla win z jednej apelacji. Od producentów dowiadywałem się, że u nich uprawy trebbiano spolentino to albo nowość, albo też jakieś stare krzewy odziedziczone po przodkach. Dopiero teraz powstają nowe wysady.
Tylko – pytam – po co komu apelacja, która niczego nie wyjaśnia, niczego specjalnie nie kodyfikuje, ani nie wnosi nic nowego? Trochę to wygląda na zaspakajanie aspiracji i dowartościowanie kilkunastu małych producentów.
Co gorsza – takie twory w Europie się mnożą. Apelacje, które miały ułatwić życie konsumentom w rozpoznaniu wina, które kupują – bynajmniej nie spełniają takiego zadania.
Jakie to szczęście, że Nowy Świat nie powielił europejskich błędów. Zaś od miejsca pochodzenia wina nie oczekuje się tego, że będzie podobne do wszystkich w okolicy.
piątek, 17 czerwca 2011
poniedziałek, 16 maja 2011
Gdyby cesarz żył...
Lecę sobie winiarsko do Włoch. Wyjątkowo przez Warszawę. Wydawało mi się, że to nic prostszego, bo jesteśmy w jednym państwie i w dodatku w strefie szengen. Samolot przybija do rękawa – Europa myślę! W Krakowie nawet międzynarodowe loty nie przybijają do rękawów, bo u nas w ogóle nie ma rękawów.
Trzydzieści minut lotu, tyle co do np. Wiednia, a tam haltuje mnie ogolony na „0” koleś w mundurze polowym WP i zaprasza do odprawy bezpieczeństwa.
Więc mówię do łysola tak:
- Nie jesteśmy aby w Schengen?
- Gdzie? W co??? Tu jest panie Warszawa!
- No to ludzi z Krakowa nie trzeba chyba sprawdzać? Nie?
- A kto tam Pana wie, skąd... rozkaz był. Tak? Remont mamy!
- We Frankfurcie jest ciągły remont i z Krakowa nie sprawdzają.
- Albo się Pan wykładasz, albo na bok!
Idę dalej, zakładam pasek, a tam laska w polowym mundurze mówi mi, że mam flaszkę w towarze i muszę wyjąć. Miałem małą buteleczkę 0,25 mineralnej gazowanej, kupioną w automacie, po kontroli w Krakowie.
- Musi Pan wyjąć lub wyrzucić – słyszę.
- Przecież ja z Krakowa!
- A skąd ja tam Pana wiem, skąd.
- Przecież rękaw z Krakowa, to jak to „skąd”
- Plecak otworzyć!
- Mam, przyznaję, mam buteleczkę, ale w Krakowie była odprawa, więc kupiłem w automacie, po przejściu przecież...
- Wyjąć, bo dzwonię!
Nie wiem, gdzie chciała dzwonić. Rozmowa toczyła się jeszcze chwilę, ale przed uzbrojoną kobietą musiałem ulec. Ech... Gdyby cesarz żył. On rozumiał, że część Polaków nie może żyć z innymi Polakami w jednym państwie...
Trzydzieści minut lotu, tyle co do np. Wiednia, a tam haltuje mnie ogolony na „0” koleś w mundurze polowym WP i zaprasza do odprawy bezpieczeństwa.
Więc mówię do łysola tak:
- Nie jesteśmy aby w Schengen?
- Gdzie? W co??? Tu jest panie Warszawa!
- No to ludzi z Krakowa nie trzeba chyba sprawdzać? Nie?
- A kto tam Pana wie, skąd... rozkaz był. Tak? Remont mamy!
- We Frankfurcie jest ciągły remont i z Krakowa nie sprawdzają.
- Albo się Pan wykładasz, albo na bok!
Idę dalej, zakładam pasek, a tam laska w polowym mundurze mówi mi, że mam flaszkę w towarze i muszę wyjąć. Miałem małą buteleczkę 0,25 mineralnej gazowanej, kupioną w automacie, po kontroli w Krakowie.
- Musi Pan wyjąć lub wyrzucić – słyszę.
- Przecież ja z Krakowa!
- A skąd ja tam Pana wiem, skąd.
- Przecież rękaw z Krakowa, to jak to „skąd”
- Plecak otworzyć!
- Mam, przyznaję, mam buteleczkę, ale w Krakowie była odprawa, więc kupiłem w automacie, po przejściu przecież...
- Wyjąć, bo dzwonię!
Nie wiem, gdzie chciała dzwonić. Rozmowa toczyła się jeszcze chwilę, ale przed uzbrojoną kobietą musiałem ulec. Ech... Gdyby cesarz żył. On rozumiał, że część Polaków nie może żyć z innymi Polakami w jednym państwie...
środa, 13 kwietnia 2011
Kasa i tradycja
W czasie ostatniego, dłuższego pobytu w Toskanii zauważyłem dziwne zjawisko – manię używania słów „tradizionale” i „classico”. Zwłaszcza to „tradizionale” jest na ustach wszystkich i każda rozmowa z producentem zaczyna się od informacji, że jego wina są właśnie takie. Ki czort! – myślę sobie – jestem tu dość często, ale takiego natężenia w nadużywaniu tego słowa nie słyszałem.
Od razu pomyślałem o kasie, bo jak ktoś używa czegoś w takim nadmiarze i tak natarczywie, to musi chodzić o pieniądze. W chianti classico dzieje się źle. Może nie bardziej niż gdzie indziej, ale źle. Wszyscy oszczędzają, tną, odchudzają i obcinają. Kryzys. Najtańsze chianti classico, o jakim słyszałem kosztowało 2,40 euro za flaszkę, a zapewnie nie był to rekord. Kupował je brat znajomego producenta do swojej restauracji – butelkowane, ze wszystkimi opłatami, z dostawą. Część sprzedaje jeszcze taniej, deklasyfikując swoje wina, tzn. przesuwając je z chianti classico do zwykłego chianti.
Z drugiej strony określenia „tradizionale” i „classico” nie mają w chianti właściwie żadnego umocowania historycznego. Chianti – jak chcą miejscowi – zostało dokładnie zdefiniowane pod koniec XIX wieku, ale jego historia jest wielowiekowa. Niemniej określenie „chianti” odnosiło się zawsze do miejsca pochodzenia, a nie jakiejś wspólnej tradycji charakterologicznej, wypracowanej przez producentów. Bo jeśli tak, to najbardziej tradycyjnym chianti, byłoby to, które znamy z lat 60. i 70. ub. wieku, czyli sprzedawane masowo do Stanów i turystom w pękatych butelkach w słomianej oplotce. A do tego chyba nikt nie chciałby tu dziś wracać.
Albo też chianti, jakie znamy po rewolucji supertoskańskiej, chianti, które mocno podryfowało w kierunku Nowego Świata, z ekscesywnym użyciem beczki. Takie, jakie znamy z ostatnich 20 lat. To zupełnie różne wina, więc o tradycji – cicho sza!
Poszedłem tym drugim tropem, tropem beczki i zauważyłem, że jeśli pomęczyć jakiegoś producenta, co ma na myśli mówiąc o tradycji, zaczyna właśnie od… beczki.
Na szlaku podróży spotkałem kumpla, zaprzyjaźnionego dziennikarza. Przy kawie mówię mu o swoich odkryciach, a ten w śmiech: – Masz rację – kasa! – oni nie mają forsy na nowe beczki! Kryzys. I zamiast mówić o tym wprost, ładniej im to ubrać w słówko »tradycja«. Ładniejsze i dużo lepiej brzmi. Dla mnie logiczniejsze jest określenie »normalność« i »opamiętanie«”.
I tak od słowa do słowa zaczęliśmy się zastanawiać, jakie będą najbliższe lata w chianti. Czy oszczędność na beczkach „wyprostuje” to wino. Pewnie nieco tak, ale nie ma mowy, by pojawił się jakiś nowy styl w apelacji chianti classico. Bo najlepszych będzie stać na beczki bez względu na sytuację, i będą sprzedawać swoje wina po 30–50 euro za butelkę. Zaś ci, którzy sprzedają teraz po 2,40, będą walczyć, by utrzymać się przy życiu…
Od razu pomyślałem o kasie, bo jak ktoś używa czegoś w takim nadmiarze i tak natarczywie, to musi chodzić o pieniądze. W chianti classico dzieje się źle. Może nie bardziej niż gdzie indziej, ale źle. Wszyscy oszczędzają, tną, odchudzają i obcinają. Kryzys. Najtańsze chianti classico, o jakim słyszałem kosztowało 2,40 euro za flaszkę, a zapewnie nie był to rekord. Kupował je brat znajomego producenta do swojej restauracji – butelkowane, ze wszystkimi opłatami, z dostawą. Część sprzedaje jeszcze taniej, deklasyfikując swoje wina, tzn. przesuwając je z chianti classico do zwykłego chianti.
Z drugiej strony określenia „tradizionale” i „classico” nie mają w chianti właściwie żadnego umocowania historycznego. Chianti – jak chcą miejscowi – zostało dokładnie zdefiniowane pod koniec XIX wieku, ale jego historia jest wielowiekowa. Niemniej określenie „chianti” odnosiło się zawsze do miejsca pochodzenia, a nie jakiejś wspólnej tradycji charakterologicznej, wypracowanej przez producentów. Bo jeśli tak, to najbardziej tradycyjnym chianti, byłoby to, które znamy z lat 60. i 70. ub. wieku, czyli sprzedawane masowo do Stanów i turystom w pękatych butelkach w słomianej oplotce. A do tego chyba nikt nie chciałby tu dziś wracać.
Albo też chianti, jakie znamy po rewolucji supertoskańskiej, chianti, które mocno podryfowało w kierunku Nowego Świata, z ekscesywnym użyciem beczki. Takie, jakie znamy z ostatnich 20 lat. To zupełnie różne wina, więc o tradycji – cicho sza!
Poszedłem tym drugim tropem, tropem beczki i zauważyłem, że jeśli pomęczyć jakiegoś producenta, co ma na myśli mówiąc o tradycji, zaczyna właśnie od… beczki.
Na szlaku podróży spotkałem kumpla, zaprzyjaźnionego dziennikarza. Przy kawie mówię mu o swoich odkryciach, a ten w śmiech: – Masz rację – kasa! – oni nie mają forsy na nowe beczki! Kryzys. I zamiast mówić o tym wprost, ładniej im to ubrać w słówko »tradycja«. Ładniejsze i dużo lepiej brzmi. Dla mnie logiczniejsze jest określenie »normalność« i »opamiętanie«”.
I tak od słowa do słowa zaczęliśmy się zastanawiać, jakie będą najbliższe lata w chianti. Czy oszczędność na beczkach „wyprostuje” to wino. Pewnie nieco tak, ale nie ma mowy, by pojawił się jakiś nowy styl w apelacji chianti classico. Bo najlepszych będzie stać na beczki bez względu na sytuację, i będą sprzedawać swoje wina po 30–50 euro za butelkę. Zaś ci, którzy sprzedają teraz po 2,40, będą walczyć, by utrzymać się przy życiu…
Subskrybuj:
Posty (Atom)

