Ledwie świat przestał drapać się po głowie po informacji, że Vega Sicilia oficjalnie ogłosiła spółę z baronem Benjaminem de Rothschildem (Château Clarke, listrac-médoc), by robić - co oczywiste w ich wydaniu - najlepsze wina w regionie Rioja, a już pojawiły się nowe spekulacje. Świat nie lubi próżni, a świecie wina sensacja goni sensację, a spekulacja spekulację.
Ziemię w Rioja skupiono oczywiście anonimowo - jeżdżąc przez pięć lat w bejsbolówkach i ciemnych okularach po regionie, by nikt nowych nabywców nie rozpoznał. Same zaś parcele wykupywała podstawiona firma z siedzibą w Madrycie. Gdyby było inaczej, cały plan wziąłby w łeb, a ceny ziemi poleciałyby w górę.
Ale to, o czym mówi się teraz zakrawa o kosmos. I to daleki. Ludzie z branży szepczą, że Vega Sicilia weźmie się za… wina białe. Pytałem o to oczywiście Xaviera Ausàsa Lópeza de Castro, enologa najszacowniejszej hiszpańskiej firmy winiarskiej, ale był on ostatnią osobą, która choćby jednym mięśniem twarzy wyraził zdumienie, oburzenie, zaprzeczenie, czy w ogóle jakąś reakcję. Jakbym go pytał, czy jutro spadnie deszcz, a pojutrze zje na śniadanie tradycyjne chiurros…
Jedno jest pewne - dopóki taki nieprawdopodobny projekt nie będzie gotowy, nie dowie się o nim nikt na świecie…
poniedziałek, 25 października 2010
wtorek, 28 września 2010
Wielkie zmiany w butelkach
Strasznie się podziało ostatnio w kwestii zakupów wódek owocowych w krajach byłego obozu socjalistycznego. Jeszcze nie tak dawno – z dziesięć lat temu – można było niemal bez patrzenia na cenę wybrać sobie cokolwiek się chciało. Dziś to absolutnie niemożliwe. Nie wiem jeszcze, jak to jest dziś Bułgarii, bo wybieram się tam dopiero za dwa tygodnie, ale na Węgrzech jest dramatycznie. Dziś firm wytwarzających pálinki jest bez liku, ale średnia cena za flaszkę 0,75 litra waha się w okolicach 40-60 złotych. I to nawet w madziarskim Tesco. To dużo, zważywszy na fakt, że kiedyś kupowało się wódki owocowe nie tylko dla smaku, ale też dlatego, że były tańsze od polskiej wódki. Dziś – nie wiedzieć czemu – to towar niemal ekskluzywny. Smutne, a jeszcze kilka lat temu w jednym ze sklepów odmówiono mi możliwości zapłaty kartą za cseresznyepálinkę, bo suma była zbyt niska, bym mógł skorzystać z tego cywilizacyjnego udogodnienia. Innym zaś razem staliśmy zafrasowani z Robertem Makłowiczem no poboczu drogi do polskiej granicy, bo chcieliśmy tak ustawić butelki z pálinkami w bagażniku samochodu, aby nie dzwoniły, kiedy podjedziemy do punktu celnego. Ale było ich tak wiele, że nic nam wychodziło.
W Rumunii jest nieco lepiej, pomimo faktu, że ich narodowego trunku – śliwowicy w sklepach niemal kupić nie można, a jeśli już, to jest droga. Można natomiast nabyć ją – i to w wyśmienitym wydaniu – „u chłopa”, czyli na przydrożnych straganach. I to bezpiecznie – bo śliwek jest tam tak dużo, że nikomu do głowy nie przyjdzie, by wypalankę fałszować czy też rozcieńczać zwykłym spirytusem, który trzeba by było dodatkowo kupić.
„U chłopa” wytargowałem ostatnio starą, dojrzewaną w beczkach śliwowicę za 40 złotych za… dwa litry. W butelce po coli, ale z własną, firmową etykietą producenta. Takiego handlu nikt nie ściga. – Czasem zabłądzi tu jakiś radiowóz, ale wezmą flaszkę za darmo i mam spokój – mówił mi z uśmiechem sprzedawca. I niech tak będzie jak najdłużej, póki nie zainteresuje się tym Unia Europejska.
W Rumunii jest nieco lepiej, pomimo faktu, że ich narodowego trunku – śliwowicy w sklepach niemal kupić nie można, a jeśli już, to jest droga. Można natomiast nabyć ją – i to w wyśmienitym wydaniu – „u chłopa”, czyli na przydrożnych straganach. I to bezpiecznie – bo śliwek jest tam tak dużo, że nikomu do głowy nie przyjdzie, by wypalankę fałszować czy też rozcieńczać zwykłym spirytusem, który trzeba by było dodatkowo kupić.
„U chłopa” wytargowałem ostatnio starą, dojrzewaną w beczkach śliwowicę za 40 złotych za… dwa litry. W butelce po coli, ale z własną, firmową etykietą producenta. Takiego handlu nikt nie ściga. – Czasem zabłądzi tu jakiś radiowóz, ale wezmą flaszkę za darmo i mam spokój – mówił mi z uśmiechem sprzedawca. I niech tak będzie jak najdłużej, póki nie zainteresuje się tym Unia Europejska.
poniedziałek, 30 sierpnia 2010
Degustacja i korkociąg
Zdarza się, że docierają do nas najprzedziwniejsze informacje, w które trudno wprost uwierzyć. Są jednak prawdziwe, a o ich wadze świadczą autorytety, które je przekazują. Ostatnio spędziłem kilka dni we Włoszech z kumplem ze Stanów. Jest byłym sommelierem i wykładowcą na kursach winiarskich, a obecnie człowiekiem, który kupuje wino dla dużej sieci restauracji w Stanach.
Myślałem, że spadnę ze stołka w fajnej restauracji, kiedy powiedział mi że 85 procent amerykańskich gospodarstw domowych nie posiada… korkociągów. I nigdy takowych nie posiadało. Nie jest to wynikiem tego, iż wino, które piją nie jest korkowane, tylko zamykane metalowymi nakrętkami. Oni nie piją go wcale! Taka informacja zmienia moją optykę patrzenia na winiarskie USA, którą ustawiłem sobie po kilku wizytach w tym kraju. Cóż…
Inną informacją, którą mi „sprzedał” to to, iż szkoląc sommelierów musiał często pracować w ciemno i przygotowywać ich do pracy także w… ciemno. Sommelierscy adepci to ludzie z reguły młodzi. Tymczasem w USA w większości stanów alkohol wolno podawać osobom, które ukończyły 21 lat.
Jak więc 18-latek może zdegustować na oczach gości wino i je podać. Co dziwne – podać może, ale posmakować już nie! Dlatego właśnie pracuje w ciemno, ucząc się na pamięć zasad podawania i opisów win, oraz tego, jak je łączyć z różnymi potrawami. Informacje przekazuje mu osoba szkoląca lub starszy sommelier. Krótko – koniec świata! No i czy świat nie stoi na głowie…?
Myślałem, że spadnę ze stołka w fajnej restauracji, kiedy powiedział mi że 85 procent amerykańskich gospodarstw domowych nie posiada… korkociągów. I nigdy takowych nie posiadało. Nie jest to wynikiem tego, iż wino, które piją nie jest korkowane, tylko zamykane metalowymi nakrętkami. Oni nie piją go wcale! Taka informacja zmienia moją optykę patrzenia na winiarskie USA, którą ustawiłem sobie po kilku wizytach w tym kraju. Cóż…
Inną informacją, którą mi „sprzedał” to to, iż szkoląc sommelierów musiał często pracować w ciemno i przygotowywać ich do pracy także w… ciemno. Sommelierscy adepci to ludzie z reguły młodzi. Tymczasem w USA w większości stanów alkohol wolno podawać osobom, które ukończyły 21 lat.
Jak więc 18-latek może zdegustować na oczach gości wino i je podać. Co dziwne – podać może, ale posmakować już nie! Dlatego właśnie pracuje w ciemno, ucząc się na pamięć zasad podawania i opisów win, oraz tego, jak je łączyć z różnymi potrawami. Informacje przekazuje mu osoba szkoląca lub starszy sommelier. Krótko – koniec świata! No i czy świat nie stoi na głowie…?
Subskrybuj:
Posty (Atom)