Lecę sobie winiarsko do Włoch. Wyjątkowo przez Warszawę. Wydawało mi się, że to nic prostszego, bo jesteśmy w jednym państwie i w dodatku w strefie szengen. Samolot przybija do rękawa – Europa myślę! W Krakowie nawet międzynarodowe loty nie przybijają do rękawów, bo u nas w ogóle nie ma rękawów.
Trzydzieści minut lotu, tyle co do np. Wiednia, a tam haltuje mnie ogolony na „0” koleś w mundurze polowym WP i zaprasza do odprawy bezpieczeństwa.
Więc mówię do łysola tak:
- Nie jesteśmy aby w Schengen?
- Gdzie? W co??? Tu jest panie Warszawa!
- No to ludzi z Krakowa nie trzeba chyba sprawdzać? Nie?
- A kto tam Pana wie, skąd... rozkaz był. Tak? Remont mamy!
- We Frankfurcie jest ciągły remont i z Krakowa nie sprawdzają.
- Albo się Pan wykładasz, albo na bok!
Idę dalej, zakładam pasek, a tam laska w polowym mundurze mówi mi, że mam flaszkę w towarze i muszę wyjąć. Miałem małą buteleczkę 0,25 mineralnej gazowanej, kupioną w automacie, po kontroli w Krakowie.
- Musi Pan wyjąć lub wyrzucić – słyszę.
- Przecież ja z Krakowa!
- A skąd ja tam Pana wiem, skąd.
- Przecież rękaw z Krakowa, to jak to „skąd”
- Plecak otworzyć!
- Mam, przyznaję, mam buteleczkę, ale w Krakowie była odprawa, więc kupiłem w automacie, po przejściu przecież...
- Wyjąć, bo dzwonię!
Nie wiem, gdzie chciała dzwonić. Rozmowa toczyła się jeszcze chwilę, ale przed uzbrojoną kobietą musiałem ulec. Ech... Gdyby cesarz żył. On rozumiał, że część Polaków nie może żyć z innymi Polakami w jednym państwie...
poniedziałek, 16 maja 2011
środa, 13 kwietnia 2011
Kasa i tradycja
W czasie ostatniego, dłuższego pobytu w Toskanii zauważyłem dziwne zjawisko – manię używania słów „tradizionale” i „classico”. Zwłaszcza to „tradizionale” jest na ustach wszystkich i każda rozmowa z producentem zaczyna się od informacji, że jego wina są właśnie takie. Ki czort! – myślę sobie – jestem tu dość często, ale takiego natężenia w nadużywaniu tego słowa nie słyszałem.
Od razu pomyślałem o kasie, bo jak ktoś używa czegoś w takim nadmiarze i tak natarczywie, to musi chodzić o pieniądze. W chianti classico dzieje się źle. Może nie bardziej niż gdzie indziej, ale źle. Wszyscy oszczędzają, tną, odchudzają i obcinają. Kryzys. Najtańsze chianti classico, o jakim słyszałem kosztowało 2,40 euro za flaszkę, a zapewnie nie był to rekord. Kupował je brat znajomego producenta do swojej restauracji – butelkowane, ze wszystkimi opłatami, z dostawą. Część sprzedaje jeszcze taniej, deklasyfikując swoje wina, tzn. przesuwając je z chianti classico do zwykłego chianti.
Z drugiej strony określenia „tradizionale” i „classico” nie mają w chianti właściwie żadnego umocowania historycznego. Chianti – jak chcą miejscowi – zostało dokładnie zdefiniowane pod koniec XIX wieku, ale jego historia jest wielowiekowa. Niemniej określenie „chianti” odnosiło się zawsze do miejsca pochodzenia, a nie jakiejś wspólnej tradycji charakterologicznej, wypracowanej przez producentów. Bo jeśli tak, to najbardziej tradycyjnym chianti, byłoby to, które znamy z lat 60. i 70. ub. wieku, czyli sprzedawane masowo do Stanów i turystom w pękatych butelkach w słomianej oplotce. A do tego chyba nikt nie chciałby tu dziś wracać.
Albo też chianti, jakie znamy po rewolucji supertoskańskiej, chianti, które mocno podryfowało w kierunku Nowego Świata, z ekscesywnym użyciem beczki. Takie, jakie znamy z ostatnich 20 lat. To zupełnie różne wina, więc o tradycji – cicho sza!
Poszedłem tym drugim tropem, tropem beczki i zauważyłem, że jeśli pomęczyć jakiegoś producenta, co ma na myśli mówiąc o tradycji, zaczyna właśnie od… beczki.
Na szlaku podróży spotkałem kumpla, zaprzyjaźnionego dziennikarza. Przy kawie mówię mu o swoich odkryciach, a ten w śmiech: – Masz rację – kasa! – oni nie mają forsy na nowe beczki! Kryzys. I zamiast mówić o tym wprost, ładniej im to ubrać w słówko »tradycja«. Ładniejsze i dużo lepiej brzmi. Dla mnie logiczniejsze jest określenie »normalność« i »opamiętanie«”.
I tak od słowa do słowa zaczęliśmy się zastanawiać, jakie będą najbliższe lata w chianti. Czy oszczędność na beczkach „wyprostuje” to wino. Pewnie nieco tak, ale nie ma mowy, by pojawił się jakiś nowy styl w apelacji chianti classico. Bo najlepszych będzie stać na beczki bez względu na sytuację, i będą sprzedawać swoje wina po 30–50 euro za butelkę. Zaś ci, którzy sprzedają teraz po 2,40, będą walczyć, by utrzymać się przy życiu…
Od razu pomyślałem o kasie, bo jak ktoś używa czegoś w takim nadmiarze i tak natarczywie, to musi chodzić o pieniądze. W chianti classico dzieje się źle. Może nie bardziej niż gdzie indziej, ale źle. Wszyscy oszczędzają, tną, odchudzają i obcinają. Kryzys. Najtańsze chianti classico, o jakim słyszałem kosztowało 2,40 euro za flaszkę, a zapewnie nie był to rekord. Kupował je brat znajomego producenta do swojej restauracji – butelkowane, ze wszystkimi opłatami, z dostawą. Część sprzedaje jeszcze taniej, deklasyfikując swoje wina, tzn. przesuwając je z chianti classico do zwykłego chianti.
Z drugiej strony określenia „tradizionale” i „classico” nie mają w chianti właściwie żadnego umocowania historycznego. Chianti – jak chcą miejscowi – zostało dokładnie zdefiniowane pod koniec XIX wieku, ale jego historia jest wielowiekowa. Niemniej określenie „chianti” odnosiło się zawsze do miejsca pochodzenia, a nie jakiejś wspólnej tradycji charakterologicznej, wypracowanej przez producentów. Bo jeśli tak, to najbardziej tradycyjnym chianti, byłoby to, które znamy z lat 60. i 70. ub. wieku, czyli sprzedawane masowo do Stanów i turystom w pękatych butelkach w słomianej oplotce. A do tego chyba nikt nie chciałby tu dziś wracać.
Albo też chianti, jakie znamy po rewolucji supertoskańskiej, chianti, które mocno podryfowało w kierunku Nowego Świata, z ekscesywnym użyciem beczki. Takie, jakie znamy z ostatnich 20 lat. To zupełnie różne wina, więc o tradycji – cicho sza!
Poszedłem tym drugim tropem, tropem beczki i zauważyłem, że jeśli pomęczyć jakiegoś producenta, co ma na myśli mówiąc o tradycji, zaczyna właśnie od… beczki.
Na szlaku podróży spotkałem kumpla, zaprzyjaźnionego dziennikarza. Przy kawie mówię mu o swoich odkryciach, a ten w śmiech: – Masz rację – kasa! – oni nie mają forsy na nowe beczki! Kryzys. I zamiast mówić o tym wprost, ładniej im to ubrać w słówko »tradycja«. Ładniejsze i dużo lepiej brzmi. Dla mnie logiczniejsze jest określenie »normalność« i »opamiętanie«”.
I tak od słowa do słowa zaczęliśmy się zastanawiać, jakie będą najbliższe lata w chianti. Czy oszczędność na beczkach „wyprostuje” to wino. Pewnie nieco tak, ale nie ma mowy, by pojawił się jakiś nowy styl w apelacji chianti classico. Bo najlepszych będzie stać na beczki bez względu na sytuację, i będą sprzedawać swoje wina po 30–50 euro za butelkę. Zaś ci, którzy sprzedają teraz po 2,40, będą walczyć, by utrzymać się przy życiu…
czwartek, 10 marca 2011
Na stojaka
Każdy region ma swoją specyfikę. I to pod bardzo wieloma względami. Tak jest i z Burgundią. Tutaj różnic jest kilka, ale najbardziej zadziwia mnie sposób, w jaki winiarze chwalą się swoimi osiągnięciami przed dziennikarzami lub importerami.
Pisze się o tym dużo, a i sam się z tym spotkałem już wcześniej, choć nie tak intensywnie, jak przez ostatni tydzień. Otóż w burgundzkich winiarniach degustuje się wina „na stojaka”. To uciążliwe, bo dziennikarz przywykły jest raczej do tego, by móc gdzieś klapnąć i spisać na kartce (lub bezpośrednio w kompie) swoje spostrzeżenia. Tak jest na całym w zasadzie świecie. W Burgundii przetrwał jednak stary, tradycyjny zwyczaj schodzenia do piwnic i smakowania win z beczek lub butelek właśnie tam.
Nie ma tu w zasadzie wyjątków, ale też nie o wygodach pracy chciałem napisać. Problem jest inny – w piwnicach jest zwykle okropnie zimno, przeważnie około 8°C. Jak degustować czerwone grand crus w takiej temperaturze, skoro próbki powinny mieć ciepłotę dwa razy wyższą? W dodatku nie ma różnic między winami starymi i z ostatniego rocznika – w takich warunkach ocenia się próbki młode, 15-letnie oraz wielkie wina po 200 euro za butelkę!
By je prawidłowo ocenić, wyobraźnia degustującego musi pracować na maksa. Pomaga w tym nieco fakt, że po kilku takich spotkaniach w ciągu dnia, nabiera się wprawy. Niemniej zawsze pozostaje bagaż jakiejś niepewności, że jednak wino być może podane w prawidłowej temperaturze może być nieco inne, niż sobie to imaginujemy.
Cóż, wprawa czyni mistrzem, a do burgundzkich degustacji na miejscu polecam grube płaszcze, czapki i rękawiczki!
Pisze się o tym dużo, a i sam się z tym spotkałem już wcześniej, choć nie tak intensywnie, jak przez ostatni tydzień. Otóż w burgundzkich winiarniach degustuje się wina „na stojaka”. To uciążliwe, bo dziennikarz przywykły jest raczej do tego, by móc gdzieś klapnąć i spisać na kartce (lub bezpośrednio w kompie) swoje spostrzeżenia. Tak jest na całym w zasadzie świecie. W Burgundii przetrwał jednak stary, tradycyjny zwyczaj schodzenia do piwnic i smakowania win z beczek lub butelek właśnie tam.
Nie ma tu w zasadzie wyjątków, ale też nie o wygodach pracy chciałem napisać. Problem jest inny – w piwnicach jest zwykle okropnie zimno, przeważnie około 8°C. Jak degustować czerwone grand crus w takiej temperaturze, skoro próbki powinny mieć ciepłotę dwa razy wyższą? W dodatku nie ma różnic między winami starymi i z ostatniego rocznika – w takich warunkach ocenia się próbki młode, 15-letnie oraz wielkie wina po 200 euro za butelkę!
By je prawidłowo ocenić, wyobraźnia degustującego musi pracować na maksa. Pomaga w tym nieco fakt, że po kilku takich spotkaniach w ciągu dnia, nabiera się wprawy. Niemniej zawsze pozostaje bagaż jakiejś niepewności, że jednak wino być może podane w prawidłowej temperaturze może być nieco inne, niż sobie to imaginujemy.
Cóż, wprawa czyni mistrzem, a do burgundzkich degustacji na miejscu polecam grube płaszcze, czapki i rękawiczki!
Subskrybuj:
Posty (Atom)

