Ta wojna tliła się we mnie niemal od 2000 roku, kiedy po raz
pierwszy wylądowałem na lotnisku w Santiago de Chile. Wtedy jej nie zauważyłem,
ale już była. Kiedy dotarłem do Argentyny i Urugwaju, wybuchła niczem wulkan.

Moje spotkania z Ameryką Południową wspominam zasadniczo
bardzo mile. Bo dotyczą one wina, ludzi, kultury, miast i pejzaży, nareszcie
podróży. Pamiętać jednak należy, że dla mieszkańca Argentyny na przykład fakt,
że jego kraj jest w światowej czołówce producentów win, na co dzień nie ma
większego znaczenia. Być może nawet o tem nie wie (jeśli akurat nie mieszka w
Mendozie). Nie wszyscy tam piją wino, a podejrzewam, że takich jest zdecydowana
mniejszość. Natomiast każdy tam wie, że ich kraj jest potentatem w produkcji
mięsa, zwłaszcza takiego na steki. Oczywiście, krwiste steki. Dlaczego krwiste?
Bo innych z tego mięsa zrobić się nie da!

Może to moja wrodzona wada, ale widok krwi na talerzu (i w
ogóle) osłabia mnie – i to sensie dosłownym, także gdy biorą mi krew do badania.
Gdy w Buenos Aires, Neuquén, San
Juan czy Montevideo prosiłem o wypieczonego steka, kucharzom opadała szczena.
Nie żebym był złośliwy – po prostu o niczem takim nigdy nie słyszeli. Nie
słyszeli, bo coś takiego nie istnieje – wypieczony stek staje się znacznie
twardszy niż skóra w podeszwie ręcznie robionego obuwia męskiego dobrej firmy
(Church’s, Allen Edmonds, itp.). Dlatego po 2-3 dniach żucia, puchły mi szczęki
i podziwiałem już tylko twarz Wojtka Giebuty, który – choć w takim samym
nieszczęściu jak ja, i choć stosunek do krwi ma podobny – trzymając fason dalej
jadł niedopieczone steki, a krew ściekała mu po brodzie na świeżą koszulę…
Marzyłem wówczas tylko o jednym. By przenieść się na drugą
stronę Andów, do Chile, gdzie stosunek do steków mają neutralny, gdzie wiedzą,
co to zupa, gulasz i pieczeń, gdzie używają przypraw (steków się nie doprawia
na ruszcie – robi się to na talerzu)… I w ogóle pod względem kulinarnym jest
byczo!

Poleciałem ostatnio do Peru w zupełnie innem celu, ale
kulinarnie spodziewałem się najgorszego, bo – wydawało mi się – że ten kraj,
jak inne w regionie na wołowinie stoi. Szokiem było odkrycie, że jest zupełnie
inaczej – Peru wołowinę importuje! Importuje – pomyślałem – od południowoamerykańskich
sąsiadów, bo przecież nie z Europy! A skoro od sąsiadów – to oczywiście taką
stekową. I tak faktycznie jest, ale podejście już zupełnie inne, moje, steków
tu nie ma! Tzn. nie ma problemu z ich kupnem, jednak mało widziałem w mieście
miejsc, gdzie by kto je jadł. Jest natomiast ogromny wybór sieciowych
hamburgerowni z hamburgerami, bo od czego są takie miejsca. Ale nie! Nie takich
jak nasze międzynarodowe sieciówki z mielonymi plasterkami ciemnego, rozbitego
mięsa! Peruwiańczycy kupują najprzedniejsze mięso na steki i je… mielą! Jest to
tak wielkie, soczyste i smaczne, muślinowe i niemal beztłuszczowe, że słynny
dialog Vinceta Vegi z Julesem Winnfieldem z
Pulp
Fiction o hamburgerach muszę uznać – z wielkim bólem – za idiotyczny.
Bowiem oba zakapiory po prostu nie wiedzieli, o czem mówią. W dodatku te
peruwiańskie sztuki to nie jakieś głupie ćwierćfunciaki, to czasami prawie
ćwierćkilówki! (No może ciut mniej).

Nigdy nie przypuszczałem, że w jakiejkolwiek hamburgerowni
spędzę tyle czasu, co w Limie. Polecam sieci Bembos lub Manduca! Zaś przy
najbliższej okazji będę głosował, aby przyznać Peru kulinarnego nobla!